Pierwszy rower dostałam w wieku ośmiu lat, z okazji pierwszej komunii. Było to moje ogromne marzenie, te dwa koła, na których wcale jeszcze nie umiałam jeździć. Przy pomocy taty i oczywiście kija wetkniętego w ramę próbowałam opanować te sztukę, bez szczególnego powodzenia. W końcu zniecierpliwiony ojciec wepchnął mnie z rowerem na niewielką górkę i, jak się już przenikliwy Czytelnik domyśla, cichaczem puścił kij, kiedy ja z tej górki zjeżdżałam. Na dole obejrzałam się przez ramię i widząc rodziciela radośnie machającego mi ze szczytu, omal nie spadłam z tego roweru, ale potem już poszło gładko. Wyobrażałam sobie, że rower to rumak, bo zaczytywałam się w tym czasie powieściami Karola Maya i oczywiście w głębi duszy byłam dzielnym wodzem Winnetou na karym koniu. Rower na szczęście nie miał mi tego za złe i służył mi dzielnie, aż z niego w końcu wyrosłam.
Teraz już nie wyobrażam sobie niczego, ale jeździć na rowerze nadal lubię :)
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz